wiadomości polonijne, Polacy w UK

Feniks z popiołów – felieton Agnieszki Siedleckiej

Views: 13973
Ilustracja do felietonu
BoWarto

Wiedziałam, że to będzie wyjątkowe przyjęcie. Wysłała mi zaproszenie mailem tuż przed Bożym Narodzeniem, choć miało się odbyć dopiero wiosną przyszłego roku. Za mąż nie wychodzę – stwierdziła – ale co tam! Zaproszę wszystkich tych, którzy znaleźli by się na liście gości, gdybym planowała ślub. Imprezę postanowiła nazwać „I Am Going To Live Forever Party”. – Będziesz potrzebowała kilku miesięcy na dojście do siebie – ostrzegał lekarz. Wprawdzie guz wyjątkowo szybko zareagował na chemioterapię, ale powinnaś dać sobie czas na pełną regenerację. Kilka miesięcy wcześniej śni mi się. Po przebudzeniu jedyne co pamiętam to to, że płakała i była czymś przestraszona. Znam te sny. Moja mama je ma odkąd pamięta i zwykle nie wróżą dobrych wieści. Wysyłam jej więc smsa: „Everything OK?”, a ona na to, że co za zbieg okoliczności, że właśnie wyszła od lekarza, nic nikomu nie mówiła, muszą zrobić specjalistyczne testy, ale to na pewno nic poważnego. Obie wiemy, że to nie zbieg okoliczności. Od dawna nadajemy na dokładnie tych samych falach i podświadomie wiemy jak coś w życiu drugiej się dzieje. Ziarnica rozsiana – oznajmia jej lekarz parę tygodni później. Nie używa nawet słowa rak, jakby bał się nazwać rzecz po imieniu.  Siadam do internetu i czytam objawy, przebieg choroby, szanse na wyleczenie…. Szok i łzy. Ma 31 lat i jest jedną z najbliższych mi osób. Do tej pory żadnych poważniejszych chorób, nawet przeziębienia były u niej rzadkością. To jeśli chodzi o zdrowie ciała. A dusza? Ma za sobą dwa lata żałoby po tragicznie zmarłej mamie, rozstanie z partnerem, przeprowadzkę, kryzys w pracy. A teraz TO.

Zaczyna chodzić na zajęcia chi kung, kontynuuje dokształcanie, do pracowni na słonecznej werandzie zagląda, gdy efekty uboczne wpompowywanych w nią co dwa tygodnie chemikaliów nieco się uspokajają. Inaczej jest wyczerpana i najchętniej spała by cały dzień. Siada i maluje. Zlecenie to zlecenie, rachunki przecież trzeba zapłacić. Nigdy nie narzeka i cały czas powtarza: „Gdy już będę zdrowa to”… Pod koniec lata jedziemy wspólnie na ślub znajomych.  Wybrzeże Szkocji, pełnia księżyca. Siedzimy przy ognisku, opowiada szeptem o sile pozytywnego myślenia, o wierze w cuda, o nieograniczonych możliwościach współczesnej medycyny, zarówno tej tzw. zachodniej jak i niekonwencjonalnej. O szpitalu, o uzdrowicielach i bioenergoterapeutach. O tym jak żyje chwilą, cieszy się każdą minutą, jak szeroko otwierają jej się na wszystko oczy i niemal nie chcą się zamknąć.  Bije od niej jakaś niewidzialna łuna. Słucham jak zaklęta. Jak ona to robi? Najstraszniejszemu z demonów patrzy drwiąco w oczy i krzyczy: „A ja się nie dam”! Nagle do mnie dociera – ona wyzdrowieje. Mój umysł nie ma na to jednak żadnych namacalnych dowodów. A jeśli to myślenie życzeniowe? Umysł chce faktów, a nie jakiejś intuicji! Nie pozwalam mu jednak zagłuszyć tego, co podpowiada niewytłumaczalny, wewnętrzny głos. Głos, który każdy przynajmniej raz w życiu słyszał. Podszept Boga? Absolutu? Wszechświata? Wyższego bytu, nieznanej energii?

Wkrótce potem nie ściąga już czapki. Straciła włosy i kilka kilogramów. Mniej maluje, coraz częściej leży w łóżku. Im większe spustoszenie po chemii, tym większa w niej wiara. Gdy się widzimy, wygląda źle, ale wciąż jest uśmiechnięta jakby nic się nigdy nie zmieniło.

Nadchodzi jesień. W czasie popijania herbaty w kawiarni dostaję smsa: „Nie mam raka. Ostatnie wyniki i prześwietlenia pokazują wyraźnie, że guz znikł.” Dzwonię natychmiast, zajęte. Ktokolwiek przeczytał już tego smsa próbuje się oczywiście do niej teraz dodzwonić! Nagrywam się na poczcie głosowej, w połowie zaczynam ryczeć jak bóbr. A jak ryczą bobry? – zastanawiam się po odłożeniu komórki. Śmieję się i płaczę, mieszanka emocji nie do wytrzymania. To jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.  Po trzech miesiącach chemioterapii, rak poszedł… gdzie raki zimują.  I niech tam zostanie. Czekają ją jeszcze kolejne trzy miesiące chemii. Dokopiemy mu tak na wszelki wypadek. – informuje lekarz.

Stoję w jej ogrodzie pół roku później. Zaprosiła 75 osób, przyjechali wszyscy. Na stole kilku – piętrowy tort w kształcie Feniksa powstającego z popiołów. Symbol odrodzenia. Złoty ptak we wściekle czerwonych, marcepanowych płomieniach wygląda jak niesamowita rzeźba i wzbudza nie lada zainteresowanie. Lecz to ona jest bohaterką. Dziękuje nam za wsparcie, opiekę, miłość, przyjaźń. Dobrze, że świeci słońce i mamy na nosie okulary słoneczne, które ukryją łzy wzruszenia. Dookoła namioty gdyż część z nas biwakuje, dzieci na bosaka biegają po trawie za piłką, znajomi grają na gitarach. Jest jak w bajce. Nie wiem jak mam dziękować. Jej – za niespotykaną siłę, a temu wewnętrznemu głosowi za dotrzymanie obietnicy, że się uda. DZIĘKUJĘ. She is going to live forever indeed.

 

Agnieszka Siedlecka

Comments: 0

Your email address will not be published. Required fields are marked with *

0

Your Cart