wiadomości polonijne, Polacy w UK

O tożsamości ogórka – felieton Agnieszki Siedleckiej

Views: 424
Ogórki małosolne
BoWarto

Siedzę w samolocie i z niekrytym entuzjazmem konsumuję lunch. W jednej ręce dzierżę świeżuteńki żytni chleb z szynką, w drugiej zaś nieodłączny rarytas towarzyszący moim urlopom w ojczyźnie – ogórek małosolny. Taki, co to w kamionkowym garnku, w zaprawie pływał sobie tylko jeden dzień, no może dwa – jeszcze nie do końca gotowy do zjedzenia, jeszcze dla wielu koneserów za twardy, ale ja takie właśnie lubię najbardziej. Rzekłabym ogórek w stanie przejściowym. Bajka. Z należnym szacunkiem spożywam go pomału, a w tym czasie następuje dyfuzja zapachu chrzanu i czosnku z wielokrotnie przefiltrowanym, suchym, klimatyzowanym powietrzem samolotu. Siedzący obok Anglik rzuca mi pytające spojrzenie – może się zastanawia czy ta dziwna woń ma jakiś związek z tym, czym ja się tak delektuję?

16 lat temu, gdy nie było tzw. tanich linii lotniczych i na bilet do Polski odkładałam cały rok, wstyd było mi jeść własnoręcznie przygotowaną kanapkę. Czekałam, co poda stewardesa i choć zwykle smakowało to mało ciekawie, było wliczone w cenę i takie… światowe, lepsze. Dziś bez żadnych kompleksów wsuwam ogórka i szynkę bez chemii zamiast plastikowych hot dogów z mikrofalówki. A że intensywnie pachnie? A niech pachnie! Niech wiedzą co jem, niech zazdroszczą!

Samolot pnie się w górę, a mnie ogarnia znajome uczucie. Próbuję czytać, spać, wiercę się niespokojnie, by je do siebie nie dopuścić. Im większe ciśnienie w samolocie, im bardziej zatykają mi się uszy, tym bardziej wyraźny ścisk w gardle. Przez chwilę wydaje mi się nawet, że zaraz się rozpłaczę. Po kilku tygodniach w rodzinnym Gdańsku wracam do Londynu, a to, co czuję nazywam radością powrotu i smutkiem wyjazdu. Niełatwa to do opisania mieszanka emocji – z jednej strony cieszę się, że wracam do mojego angielskiego domu, z drugiej jednak opuszczam przecież ten polski. Nie ma znaczenia ile razy w roku odbywam tę podróż, za każdym razem czuję się podobnie, jedną nogą tu, drugą tam. Jedyne, co się zmieniło, to to, iż po tylu latach ten stan „zawieszenia” trwa raptem jeden dzień, a kiedyś nawet i trzy. Jakby kanał La Manche przeciął mi serce na pół, a ja gdzieś między komorami, zdezorientowana błądzę i pytam: „Zaraz, to gdzie właściwie jest mój dom?” Gdy mija, czuję ulgę.

W zeszłym roku mój brat zauważył, że opowiadając o Wyspach, nie używam już określenia w Anglii, tylko mówię u nas. Zaskoczyło mnie to i uświadomiło, iż być może nie zdaję sobie do końca sprawy jak bardzo wsiąkłam w ten kraj. A raczej jak on wsiąkł we mnie, jak stał się, prawdopodobnie w tym samym stopniu co Polska, nieodłączną częścią mnie. Czyżby była to swego rodzaju emocjonalna naturalizacja bez pośrednictwa Home Office? Co w takim razie z tożsamością narodową? Gdy spory czas temu odbywałam jury service, jeden z przysięgłych podczas przerwy na kawę stwierdził: „ You`ve been in this country so long and you are on the electoral register, that means you`re British.” Ja na to, że jestem Polką i zawsze nią zostanę. Mam to ogromne szczęście, że nie czuję się już w Wielkiej Brytanii gościem, ale nie chcę też być określana Brytyjką. Zresztą znaczenie tego słowa przeżyło taką rewolucję w ciągu ostatnich 40 lat i tyle wzbudza kontrowersji, że temat ten zostawię na inną okazję.

Podczas urlopu w rodzinnym domu czytam, a raczej połykam „Znaki szczególne” Pauliny Wilk – mistrzowsko napisaną książkę o pokoleniu transformacji, z którym się utożsamiam, mimo, iż jestem od autorki o kilka lat starsza. Określa nas generacją analogowo – cyfrową, wychowaną na starych wartościach, puszczoną na głęboką wodę po 1989 roku, gdzie obowiązują już zupełnie nowe, twarde zasady gry. Ludzie zarówno szczęśliwi, jak i rozdarci. Zastanawiam się na ile my – Polacy mieszkający w Anglii do pewnego stopnia podobnie postrzegamy naszą emigrację i wiążące się z nią tożsamościowe rozdwojenie jaźni? Czy nie jesteśmy troszkę jak ten ogórek małosolny (wiem, niezbyt to wyrafinowana analogia), który nadal chrupię, gdy samolot osiąga wysokość przelotową? Już nie świeży, ale jeszcze nie kiszony. My – geograficznie podzieleni, zawsze pomiędzy.

Gdy lądujemy na Stansted, łzy już nie cisną mi się do oczu. Następnego dnia gotuję mojej drugiej, angielskiej połowie kaszę i pulpety w sosie grzybowym. Kaszę ukochany je po raz pierwszy w życiu, a cały zastaw, który ja nazywam stołówkowym, nad wyraz mu smakuje. Ogórków nie lubi, więc o małosolnych zapominam i tytułem kompromisu serwuję fasolkę szparagową. Ta mała Polska w mojej londyńskiej kuchni powinna mi do następnego wyjazdu wystarczyć.

Agnieszka Siedlecka

Comments: 0

Your email address will not be published. Required fields are marked with *

0

Your Cart